piątek, 7 marca 2014

"Zorkownia" i moje hospicjum

Hospicjum to takie dziwne miejsce. Zawsze myślałam, że tam się umiera, ale tam też wraca się do życia.
Pan Z. spadł z rusztowania.48 lat. Uraz mózgu. Po leczeniu szpitalnym oddano go do hospicjum z myślą, że tam umrze. Nie chodził, nie mówił... Stan jego określany był: "na dożycie". Gdyby nie upór jego siostry żaden logopeda nie pojawiłby się w hospicjum. Po co logopeda umierającemu? Ze śmiercią się nie rozmawia, pozwala się jej niemo odprowadzać na drugą stronę.
Jednak siostra czuwała. Postawiła na baczność dyrekcję hospicjum i ta zaczęła szukać logopedy. I tym sposobem tam się znalazłam. Właściwie to był ciąg zdarzeń...
Miesiąc wcześniej, zanim poznałam Pana Z., zgłosiłam się do pracy w ośrodku jako wolontariusz. Chciałam zdobywać doświadczenie w pracy z dorosłymi. Pewnego dnia zatrudniona na oddziale neurologii logopeda (człowiek z sercem na dłoni, który oddaje siebie pacjentom bez reszty). poleciła mnie dyrektorce hospicjum. I tak poznałam Pana Z. Na początku nieufny, z pytaniem w oczach: czego ty kobieto chcesz? Ja tu jestem, by umierać!, a potem coraz bardziej wracający do życia. Z wraku człowieka przykutego do łóżka stał się człowiekiem na wózku, a potem już wspierał się na lasce i czekał w oknie, gdy wjeżdżałam na parking hospicjum. Serce mi rosło - z każdym dniem było coraz lepiej. Może niekoniecznie od razu lepiej z mową, ale Panu Z. wracała chęć do życia. Coraz mniej klął na pielęgniarki (przekleństwa muszą być najsilniej wdrukowane w naszą pamięć, skoro one pierwsze zwykle pojawiają się, gdy mózg odmawia posłuszeństwa), coraz częściej się uśmiechał. Proza życia dopada nas niespodziewanie. 6 miesięcy to limit pobytu w hospicjum. Pan Z. musiał je opuścić, jeszcze nie na tyle zdrowy, by radzić sobie sam, lecz na tyle sprawny, by zwolnić miejsce. Siostra nie mogła go wziąć do siebie. Załatwiła mu jakiś kolejny oddział szpitalny w jego rodzinnym mieście. Już tutaj przed samym wyjściem Pan Z. nie chciał ćwiczyć. " Nie w głowie mi ćwiczenia", "A co Panu w  głowie? Życie-odpowiadał. Myślał ze wychodzi do domu, do swojego domu.Tak się nie stało. Jedno państwowe łóżko miał zamienić na drugie. Wracał Pan Z., z początku naszej znajomości: zamknięty w sobie, niespokojny, smutny i zły.
Ostatnio spotkałam jego siostrę. To ona powiedziała mi, że w szpitalu. Pan Z. już nie mówi tylko klnie, nie chce współpracować, oddala się od świata. "Czy pani wie? Ja się boję, że on zapomni to wszystko, czego tu się nauczył?"
Wiem. Mam też nadzieję, że tak się nie zdarzy.
13.05.2010


Tamten czas staje mi przed oczami, gdy zagłębiam się w "Zorkownię" Agnieszki Kalugi. Kto nie zna, musi to szybko nadrobić. Autorka prowadzi też bloga, o tu.

1 komentarz: