wtorek, 6 grudnia 2011

Zadyszka

Szaleństwo mogłoby być ratunkiem. Piję czerwoną herbatę i uświadamiam sobie, że dniami (już nie chwilami) nie czuję, jak mija mi czas. Za chwilę przy stole rozsiądzie się Boże Narodzenie. Ciągle nie mam jak zasiąść nad książkami, które okupują nowe półki. Wieczorami jestem tak zmęczona, że przyjmuję tylko net w jego najmniej skomplikowanej postaci. Na słowo drukowane nie mam siły, chyba że prościutką książkę pt. Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie umieją czytać map (polecam, spośród wielu poradników typu: "bo kobieta , bo mężczyzna" ta jest napisana z jajem) Obok gra telewizor, który zagłusza podpowiedzi mego skrzydlatego stróża, by położyć się wcześniej spać. Patrzę na choinkę, którą kupiłam w sieci, a która już oswoiła kąt pokoju. Dziś dokupiłam lampki. Święta są tak daleko ode mnie. Może jak skończę wyjazdy do A., wtedy zacznę delektować się grudniem.
Czy już mówiłam, że na wjeździe do mego miasta pachnie ciepłym mlekiem?

3 komentarze:

  1. Ciepłym mlekiem??? To chyba rzadko spotykane:)

    OdpowiedzUsuń
  2. szaleństwo jest ucieczką, piękną.
    pozdrawiam grudniowo ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Renato, ale za to na wjeździe masz dzieciństwo na wyciągniecie ręki;))

    Rusty, szaleństwo z którego się nie budzimy może być piękne...może być też przerażające.

    Pozdrawiam Was serdecznie już spod śniegowej kołderki:)

    OdpowiedzUsuń