poniedziałek, 31 października 2011

O tym, jak zyskałam godzinę

Całą noc podróżowałam pociągami. Tym razem nie zgubiłam bagażu-szukałam Zary, której zachciało się być "psem, który jeździł koleją". Wiedziałam, że wskoczyła do pociągu, widziałam ją wyglądającą zza szyby. Zanim przebiegłam wiaduktem na drugi peron, pociąg odjechał, a z nim Zara. A potem szukałam jej jeżdżąc całą noc i coraz więcej było we mnie smutku i pewności, że już jej nie zobaczę... Podniosłam komórkę, była 5.55, a za drzwiami piszczał pies. Uśmiechnęłam się. Pomyślałam, że nie warto już się kłaść: zrobiłam kawę, usiadłam przy stole w kuchni, rozłożyłam gazetę.Spojrzałam na ścianę. Wskazówki kuchennego zegara wskazywały: 5.04. I już wiedziałam, że moja komórka nie ma automatycznej zmiany czasu.
Teraz delektuję się godziną życia więcej. Mimo długiego weekendu, o siódmej muszę wyjść z domu. Tykanie zegara miesza się z chrapaniem Zary z korytarza.

4 komentarze:

  1. oj, dobrze się było obudzić.... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak oddasz tę godzinę wiosną, z nawiązką, tzn. Zara będzie pewnie "psem, który lata samolotem", zawsze szybciej:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Itako, o tak.Odetchnęłam z ulgą:)

    Czarku, na wiosnę łatwiej się oddaje:)

    OdpowiedzUsuń
  4. kiedyś Ci ją zabiorę w podróż stopem ;)
    poszlajamy się i wrócimy.

    riv.

    OdpowiedzUsuń